Poród Ewy

Miało być w domu, ale nie wyszło, jest o tym, że jeśli kobiecie nie przeszkadzać to idzie dobrze 😉 a teraz oddaje głos Ewie

O tym, że chciałabym urodzić w domu, pomyślałam pierwszy raz po obejrzeniu filmu “Poród w ekstazie”. Lata później, będąc wreszcie w ciąży, zdania nie zmieniłam. Czułam, że poród jest intymnym wydarzeniem rodzinnym, a nie procedurą medyczną, a także zadaniem dla mojego ciała – zadaniem, z którym lepiej poradzę sobie w domu, wsłuchana w siebie, a w efekcie i poród, i dziecko będą bezpieczniejsze. To tylko część argumentów – zgadzam się ze wszystkimi podawanymi zwykle w obronie PD.

Marzenia o porodzie domowym

Zorganizować PD w Polsce nie jest łatwo, zwłaszcza jeśli się mieszka na wsi, z dala od dużych miast, w najmniej chyba podatnym na ideę PD województwie 😉

W skrócie:

Położna nr 1 uznała mój wiek (34) za przeciwwskazanie. Argumentowałam, że rocznik rocznikowi nierówny, jestem wysportowana i czuję się młoda. Nic z tego. Podobno po 35. roku życia wzrasta ryzyko krwotoku, a mi został tylko rok…

Położna nr 2 mieszka prawie 200 km od nas i jest droga. Zgodziła się i zaplanowała wakacje w pobliżu, by przy okazji odpoczynku urodzić ze mną Ninę. Po długiej wymianie maili coś jej jednak wypadło w wyznaczonym terminie i zostawiła namiar na kolejną położną.

Po dwóch spotkaniach (w szpitalu) z położną nr 3 okazało się, że to debiutantka. Do porodu domowego potrzebowałaby asysty dwóch lekarzy i nie ma uprawnień do reanimacji noworodków. Mąż zaczął być przeciw PD. Efekt: kłótnie, niemoc i myśl, że tą całą walką o PD robię dziecku większą krzywdę, niż gdybym planowała poród w szpitalu – niepotrzebne nerwy!

Położna nr 4 to jednocześnie neonatolog. Przeszkolona z przyjmowania porodów w pozycjach wertykalnych. Przyjeżdża, by zobaczyć ewentualne “miejsce akcji” i obiecuje nas poratować, choć odległość – ponad 100 km – trochę ją martwi. To pierwsza położna, która dotarła aż do naszej wsi i ustaliła konkrety, więc czujemy, że to ta jedyna! 😉

dzien-przed-porodem

Niespodzianka

Z każdym tygodniem czuję się coraz lepiej. Pływam, spaceruję, ćwiczę jogę, zdrowo się odżywiam. Czuję się silna i nastawiam się na piękny poród.

Tymczasem 19 dni przed terminem wieczorem mam po raz drugi czy trzeci lekkie skurcze, które zdają się przepowiadającymi. Do pewnego momentu. Robią się silniejsze, regularne, muszę je przepracowywać w ruchu albo pod prysznicem. Mąż mierzy czas i stwierdza, że sytuacja wydaje się poważna. Dzwonimy do położnej. I to dwukrotnie. Ta twierdzi jednak, że jestem za spokojna jak na rodzącą, więc raczej są to skurcze przepowiadające… Poleca wziąć nospę i, jeśli nie zasnę, wybrać się do najbliższego szpitala na ktg. No cóż: noc, ulewa, odległość… Pewnie nie chce ryzykować, że poświęci się w odpowiedzi na fałszywy alarm ;/

A jednak ten szpital…

Jedziemy. W aucie sapię, bo skurcze dają się we znaki, ale… nie wiem dlaczego wciąż łudzę się, że to jeszcze nie TO i zaraz minie 🙂

Na miejscu wpadamy w sidła procedur – jakieś ekg, ankiety, wózek inwalidzki… Uparcie powtarzamy, że wpadliśmy tylko na chwilę, a ewentualny poród zaplanowaliśmy gdzie indziej 😉

Tymczasem okazuje się, że rozwarcie jest już na szerokość dłoni, więc ani “nasza” położna nie zdąży do nas, ani my nie zdążymy do przyjaznego fizjologicznym porodom szpitala, który wybrałam jako opcję B.

Natura w akcji

Ciąg dalszy trwa ok. 2 godzin. Spokój mnie nie opuszcza. Mąż też – masuje plecy, przypomina o zmianach pozycji, pozwala się na sobie wieszać, podaje wodę. Ruszam się, spaceruję, skaczę na piłce, robię przysiady, dużo oddycham. Skurcze są skonstruowane genialnie – kiedy stają się nie do zniesienia, natychmiast gasną i dają czas na regenerację, rozmowę i żarty. Położna zadaje jakieś pytania do dokumentacji szpitalnej – wybierając PD zakładałam, że to jeden z tych “dodatków”, które mogą przerwać poród, bo są zbyt racjonalne, obce, przyziemne… tymczasem NIC nie przerywa mojego skupienia na porodzie; ogromna siła mnie prowadzi i nie pozwala się zatrzymać. Znajduję się w swoim intymnym świecie, mimo obcego otoczenia. Niesamowicie jest zdobyć się w tym stanie na rozluźnienie, dać się porwać, nie wartościować bólu, tylko widzieć go jako przybliżanie się do dziecka. Dotykam główki schodzącej coraz niżej. Cztery skurcze parte… i Nina jest na zewnątrz – taka maleńka – leży na moim brzuchu i krzyczy. Mąż się wzrusza, a ja na razie nie – najpierw jest ulga i radość, że się udało. Miłość – trochę później, podczas pierwszych karmień i wspólnych chwil w szpitalnym łóżku.

pierwsze-proby-karmienia-mala-glowka-duzy-cyc

Rozczarowanie

Nie obyło się bez zgrzytów: od pewnego momentu panowała atmosfera poganiania. Położna przebiła pęcherz płodowy, a lekarka próbowała wypchnąć dziecko łokciem (zdaje się, że mąż przystopował to morderczym spojrzeniem). Końcówka parcia, mimo mojego sprzeciwu, musiała odbyć się na leżąco – okropnie nienaturalnie, wbrew grawitacji, wysiłkowo. “Bo dziecko musi urodzić się godnie” – powiedziała położna. To było tak głupie, że straciłam nadzieję na dialog.

Nacięcie krocza – mimo moich przygotowań (masażu olejkami i przepracowanie pozycji wertykalnych) i niskiej masy dziecka. Zwycięstwo rutyny nad możliwościami mojego ciała i zmarnowanie mojej pracy 😦

Ostre światło skierowane między moje nogi… Być może za krótki czas na kontakt skóra do skóry i przed przecięciem pępowiny – nie jestem pewna, bo straciłam orientację… Przyznaję, to wszystko to częściowo moja wina: plan porodu został niewydrukowany na pulpicie, a ustnie nie miałam ochoty walczyć, choć może powinnam była…

Kobieca siła mimo wszystko

Podsumowując – podobno jest tak, że kobieta jest szczęśliwa MIMO porodu, bo ma wspaniałe i zdrowe dziecko. Ja jestem szczęśliwa Z POWODU wspaniałego i zdrowego dziecka, ale i Z POWODU porodu – takiego, jakim był. To nieprawda, że poród się zapomina. On  jest czymś, co dookreśla kobiecość, więc trzeba go przemyśleć, przepracować, głęboko zaakceptować… lub zaplanować bunt.

dzien-po-porodzie

Mój był pozytywny mimo wszystko, bo:

  1. Pozwolił mi popracować ze swoim ciałem na zupełnie nowym poziomie i odkryć, ile ma ukrytej siły. Za to jak moje ciało przeżyło ciążę i poród szanuję je bardziej niż kiedykolwiek! 🙂
  2. Poród okazał się być doskonale “wymyślony” przez Naturę: skurcze podpływały falami i oddalały się w momencie, kiedy zaczynały zdawać się nie do zniesienia, zostawiając chwilkę na odpoczynek. Było tak, jak się spodziewałam i ani na chwilę nie zapomniałam o radości ze zbliżającego się dziecka i z tego doświadczenia jedynego w swoim rodzaju!
  3. Mimo że marzyłam o porodzie domowym, okazało się, że przygotowanie i nastawienie mogą zdziałać cuda: mimo szpitalnych okoliczności poród był bardzo mój, bardzo intymny i rodzinny. Mimo że położna zrobiła parę rzeczy, których nie chciałam, w większości rodziłam po swojemu i to jak się z tym czułam udowodniło mi, że potrafię to pięknie przeżyć 🙂
  4. To, co w moim porodzie trudne i bolesne stało się dla mnie inspiracją, by walczyć i rozmawiać. Zaczęłam od listu do redakcji pewnej gazetki dla mam i podarowania książki Ireny Chołuj szpitalnym położnym prowadzącym szkołę rodzenia.
  5. Przygotowując się do porodu domowego, trafiłam na fantastyczne “środowisko PD” na forum na facebooku. Pozytywnie też zaskoczyli mnie rodzice – byli całkowicie na “tak”; wzruszyło mnie ich wsparcie i mądre podejście do porodów.

Jedyne, z czym jeszcze się nie uporałam, to rozczarowanie położnymi przyjmującymi porody domowe. Ale pozostaje mieć nadzieję, że będę kiedyś miała okazję zrobić drugie podejście do tematu 😉

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii poród naturalny, poród szpitalny i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s