Poród Ewy

Miało być w domu, ale nie wyszło, jest o tym, że jeśli kobiecie nie przeszkadzać to idzie dobrze 😉 a teraz oddaje głos Ewie

O tym, że chciałabym urodzić w domu, pomyślałam pierwszy raz po obejrzeniu filmu “Poród w ekstazie”. Lata później, będąc wreszcie w ciąży, zdania nie zmieniłam. Czułam, że poród jest intymnym wydarzeniem rodzinnym, a nie procedurą medyczną, a także zadaniem dla mojego ciała – zadaniem, z którym lepiej poradzę sobie w domu, wsłuchana w siebie, a w efekcie i poród, i dziecko będą bezpieczniejsze. To tylko część argumentów – zgadzam się ze wszystkimi podawanymi zwykle w obronie PD.

Marzenia o porodzie domowym

Zorganizować PD w Polsce nie jest łatwo, zwłaszcza jeśli się mieszka na wsi, z dala od dużych miast, w najmniej chyba podatnym na ideę PD województwie 😉

W skrócie:

Położna nr 1 uznała mój wiek (34) za przeciwwskazanie. Argumentowałam, że rocznik rocznikowi nierówny, jestem wysportowana i czuję się młoda. Nic z tego. Podobno po 35. roku życia wzrasta ryzyko krwotoku, a mi został tylko rok…

Położna nr 2 mieszka prawie 200 km od nas i jest droga. Zgodziła się i zaplanowała wakacje w pobliżu, by przy okazji odpoczynku urodzić ze mną Ninę. Po długiej wymianie maili coś jej jednak wypadło w wyznaczonym terminie i zostawiła namiar na kolejną położną.

Po dwóch spotkaniach (w szpitalu) z położną nr 3 okazało się, że to debiutantka. Do porodu domowego potrzebowałaby asysty dwóch lekarzy i nie ma uprawnień do reanimacji noworodków. Mąż zaczął być przeciw PD. Efekt: kłótnie, niemoc i myśl, że tą całą walką o PD robię dziecku większą krzywdę, niż gdybym planowała poród w szpitalu – niepotrzebne nerwy!

Położna nr 4 to jednocześnie neonatolog. Przeszkolona z przyjmowania porodów w pozycjach wertykalnych. Przyjeżdża, by zobaczyć ewentualne “miejsce akcji” i obiecuje nas poratować, choć odległość – ponad 100 km – trochę ją martwi. To pierwsza położna, która dotarła aż do naszej wsi i ustaliła konkrety, więc czujemy, że to ta jedyna! 😉

dzien-przed-porodem

Niespodzianka

Z każdym tygodniem czuję się coraz lepiej. Pływam, spaceruję, ćwiczę jogę, zdrowo się odżywiam. Czuję się silna i nastawiam się na piękny poród.

Tymczasem 19 dni przed terminem wieczorem mam po raz drugi czy trzeci lekkie skurcze, które zdają się przepowiadającymi. Do pewnego momentu. Robią się silniejsze, regularne, muszę je przepracowywać w ruchu albo pod prysznicem. Mąż mierzy czas i stwierdza, że sytuacja wydaje się poważna. Dzwonimy do położnej. I to dwukrotnie. Ta twierdzi jednak, że jestem za spokojna jak na rodzącą, więc raczej są to skurcze przepowiadające… Poleca wziąć nospę i, jeśli nie zasnę, wybrać się do najbliższego szpitala na ktg. No cóż: noc, ulewa, odległość… Pewnie nie chce ryzykować, że poświęci się w odpowiedzi na fałszywy alarm ;/

A jednak ten szpital…

Jedziemy. W aucie sapię, bo skurcze dają się we znaki, ale… nie wiem dlaczego wciąż łudzę się, że to jeszcze nie TO i zaraz minie 🙂

Na miejscu wpadamy w sidła procedur – jakieś ekg, ankiety, wózek inwalidzki… Uparcie powtarzamy, że wpadliśmy tylko na chwilę, a ewentualny poród zaplanowaliśmy gdzie indziej 😉

Tymczasem okazuje się, że rozwarcie jest już na szerokość dłoni, więc ani “nasza” położna nie zdąży do nas, ani my nie zdążymy do przyjaznego fizjologicznym porodom szpitala, który wybrałam jako opcję B.

Natura w akcji

Ciąg dalszy trwa ok. 2 godzin. Spokój mnie nie opuszcza. Mąż też – masuje plecy, przypomina o zmianach pozycji, pozwala się na sobie wieszać, podaje wodę. Ruszam się, spaceruję, skaczę na piłce, robię przysiady, dużo oddycham. Skurcze są skonstruowane genialnie – kiedy stają się nie do zniesienia, natychmiast gasną i dają czas na regenerację, rozmowę i żarty. Położna zadaje jakieś pytania do dokumentacji szpitalnej – wybierając PD zakładałam, że to jeden z tych “dodatków”, które mogą przerwać poród, bo są zbyt racjonalne, obce, przyziemne… tymczasem NIC nie przerywa mojego skupienia na porodzie; ogromna siła mnie prowadzi i nie pozwala się zatrzymać. Znajduję się w swoim intymnym świecie, mimo obcego otoczenia. Niesamowicie jest zdobyć się w tym stanie na rozluźnienie, dać się porwać, nie wartościować bólu, tylko widzieć go jako przybliżanie się do dziecka. Dotykam główki schodzącej coraz niżej. Cztery skurcze parte… i Nina jest na zewnątrz – taka maleńka – leży na moim brzuchu i krzyczy. Mąż się wzrusza, a ja na razie nie – najpierw jest ulga i radość, że się udało. Miłość – trochę później, podczas pierwszych karmień i wspólnych chwil w szpitalnym łóżku.

pierwsze-proby-karmienia-mala-glowka-duzy-cyc

Rozczarowanie

Nie obyło się bez zgrzytów: od pewnego momentu panowała atmosfera poganiania. Położna przebiła pęcherz płodowy, a lekarka próbowała wypchnąć dziecko łokciem (zdaje się, że mąż przystopował to morderczym spojrzeniem). Końcówka parcia, mimo mojego sprzeciwu, musiała odbyć się na leżąco – okropnie nienaturalnie, wbrew grawitacji, wysiłkowo. “Bo dziecko musi urodzić się godnie” – powiedziała położna. To było tak głupie, że straciłam nadzieję na dialog.

Nacięcie krocza – mimo moich przygotowań (masażu olejkami i przepracowanie pozycji wertykalnych) i niskiej masy dziecka. Zwycięstwo rutyny nad możliwościami mojego ciała i zmarnowanie mojej pracy 😦

Ostre światło skierowane między moje nogi… Być może za krótki czas na kontakt skóra do skóry i przed przecięciem pępowiny – nie jestem pewna, bo straciłam orientację… Przyznaję, to wszystko to częściowo moja wina: plan porodu został niewydrukowany na pulpicie, a ustnie nie miałam ochoty walczyć, choć może powinnam była…

Kobieca siła mimo wszystko

Podsumowując – podobno jest tak, że kobieta jest szczęśliwa MIMO porodu, bo ma wspaniałe i zdrowe dziecko. Ja jestem szczęśliwa Z POWODU wspaniałego i zdrowego dziecka, ale i Z POWODU porodu – takiego, jakim był. To nieprawda, że poród się zapomina. On  jest czymś, co dookreśla kobiecość, więc trzeba go przemyśleć, przepracować, głęboko zaakceptować… lub zaplanować bunt.

dzien-po-porodzie

Mój był pozytywny mimo wszystko, bo:

  1. Pozwolił mi popracować ze swoim ciałem na zupełnie nowym poziomie i odkryć, ile ma ukrytej siły. Za to jak moje ciało przeżyło ciążę i poród szanuję je bardziej niż kiedykolwiek! 🙂
  2. Poród okazał się być doskonale “wymyślony” przez Naturę: skurcze podpływały falami i oddalały się w momencie, kiedy zaczynały zdawać się nie do zniesienia, zostawiając chwilkę na odpoczynek. Było tak, jak się spodziewałam i ani na chwilę nie zapomniałam o radości ze zbliżającego się dziecka i z tego doświadczenia jedynego w swoim rodzaju!
  3. Mimo że marzyłam o porodzie domowym, okazało się, że przygotowanie i nastawienie mogą zdziałać cuda: mimo szpitalnych okoliczności poród był bardzo mój, bardzo intymny i rodzinny. Mimo że położna zrobiła parę rzeczy, których nie chciałam, w większości rodziłam po swojemu i to jak się z tym czułam udowodniło mi, że potrafię to pięknie przeżyć 🙂
  4. To, co w moim porodzie trudne i bolesne stało się dla mnie inspiracją, by walczyć i rozmawiać. Zaczęłam od listu do redakcji pewnej gazetki dla mam i podarowania książki Ireny Chołuj szpitalnym położnym prowadzącym szkołę rodzenia.
  5. Przygotowując się do porodu domowego, trafiłam na fantastyczne “środowisko PD” na forum na facebooku. Pozytywnie też zaskoczyli mnie rodzice – byli całkowicie na “tak”; wzruszyło mnie ich wsparcie i mądre podejście do porodów.

Jedyne, z czym jeszcze się nie uporałam, to rozczarowanie położnymi przyjmującymi porody domowe. Ale pozostaje mieć nadzieję, że będę kiedyś miała okazję zrobić drugie podejście do tematu 😉

Opublikowano poród naturalny, poród szpitalny | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Drugi poród Kariny

Wiem, nie ma polskich znakow, obiecuje poprawic, a tymczasem dla cierpliwych i laknacych kolejnej historii wersja demo 😉

W środę, o 4 rano, obudził mnie skurcz. Od razu wiedziałam, ze sie zaczyna. Za pol godziny kolejny, o 5 nastepny, po czym zasnelam. O 6 kolejny skurcz i juz spac nie moglam. Wstalam, wzielam prysznic, ogolilam nogi, co by jak sarenka na porodowce nie wygladac. Skurcze powtarzaly sie mniej wiecej co pol godziny, nie byly bolesne. Wyprawilam Cami do szkoly, zapowiedzialam jej, ze byc moze dzidzia bedzie sie chciala urodzic wiec gdy przyjdzie ze szkoly, moze mnie nie byc w domu. Tatus sie spial troche, ale kazalam mu do pracy jechac bo czulam, ze nie bedzie hop siup, a do szpitala nie zamierzalam jechac zanim sie konkretnie nie rozkreci. Kazalam tylko miec caly czas telefon przy sobie.

Zostalam sama w domu. Zjadlam sniadanie, wlaczylam tv, surfowalam w internecie. Skupic sie na niczym nie moglam. Skurcze powoli, stopniowo przychodzily coraz czesciej, ale nadal nie byly bolesne. Po 12, gdy pojawialy sie co 10-15 minut, zadzwonilam do cioci poloznej. Nie odbierala, bo pacjentki miala, wiec zadzwonilalm na porodowke zapytac kiedy ewentualnie mam do nich ruszyc. Poniewaz bylam traktowana jako rodzaca pierwszy raz (cesarka za zyczenie nie jest dla organizmu porodem, wiec nie mial on doswiadczenia), uslyszalam, ze nie ma sensu bym przyjezdzala zanim czestotliwosc skurczy nie wzrosnie do 5-8 minut. Jesli by zaczely byc dokuczliwe, mialam wziac 1000mg panadolu 🙂

Bolec zaczelo kolo 14.30, skurcze przeniosly sie w okolice krzyza niestety i przestaly byc fajne. Rodzinka wrocila do domu o 16. Wlazlam do wanny. Potem odrobilam z Cami lekcje. Zjedlismy obiad. Bylo coraz mniej przyjemnie, skurcze co 5-8 minut trwaly od jakiegos czasu, bol byl coraz mocniejszy, wiec po 18 zdecydowalam, ze powoli czas sie zbierac do szpitala.

Zadzwonilam po kumpelke, ktora miala ze mna rodzic (porod z mezem zakonczylby sie rozwodem, bo on na pewno by sypal dobrymi radami i swoimi opiniami, a ja bym tego nie zniosla). W samochodzie skurcze byly juz co 3 minuty, po 19 przyjeto mnie na oddzial, najpierw sala do badania wstepnego – ktg wykazalo, ze skurcze maja sile 150-160, czyli podobno byly silne, rozwacie 2cm. Te 2cm troche mnie zalamaly, bo po calym dniu wydawalo mi sie, ze jednak powinno byc wiecej. Zamajaczyla mi wizja spedzenia wielu godzin na porodowce.

Poprosilam o znieczulenie, obiecano je za okolo pol godziny, bo anestezjolog byl zajety innymi pacjentkami. Bolalo jak cholera, dostalam wiec doraznie maske do wdychania gazu rozweselajacego. Jego pomoc polega chyba bardziej na tym, ze w czasie skurczu zamiast skupiac sie na bolu, czlowiek koncentruje sie na wdychaniu i wydychaniu. A chwile po skurczu jest sie na fajnym haju 😉 Przeniesiono mnie na sale do porodow – standardowa tutaj, czyli jednoosobowa, z lazienka, ze stolikiem, fotelami plus oczywiscie wszystko co rodzacej i dziecku jest potrzebne.

Z polozna i studentka ustalilysmy, ze przyjmujemy sytuacje z humorem, bo tylko humor moze nas uratowac. No i ze nigdzie sie nie spieszymy, bo termin mam na 10.10 i fajnie byloby sie w niego wstrzelic i znalezc sie wsrod 5% rodzacych dokladnie w terminie 😉

No i teraz moge pomylic kolejnosc wydarzen, bo pieprzone skurcze krzyzowe tak mi zaczely dawac do wiwatu, ze przestalam kontolowac sytuacje – skurcze walily co minute, dwie, dostalam znieczulenie, ktore pomoglo na jakies pol godziny. Prosilam o wiecej, ale co dwie godziny mozna podawac kolejna dawke, wiec postanowiono, ze chociaz znieczula brzegi szyjki. Gdybym wiedziala jak podanie tego znieczulenia boli (dwa zastrzyki wielkimi iglam w brzegi szyjki), to bym go nie chciala, zwlaszcza, ze tez nie zadzialalo. Gdzies tam w miedzy czasie okazalo sie, ze w ciagu poltorej godziny z 2cm zrobilo sie 9cm, wiec nikt juz sie nie dziwil, ze bolalo i nic na to pomoc nie chcialo.

Planowalam, ze w czasie porodu bede sie przechadzac, chodzic pod prysznic, moze z pilki skorzystam, a okazalo sie, ze nie jestem w stanie wstac z lozka, bol powodowal, ze chcialam sie skulic, a wyginalo mnie w druga strone – miesnie plecow napiely sie, byly jak kamienie, masaz w czasie skurczu troche pomagal, ale rozluznic nie dawal rady.

Nagle cos zaczelo piszczec i w sekundzie zamiast poloznej i studentki w pokoju bylo 6 osob, dostalam polecenie NATYCHMIAST zmienic pozycje na kleczaca z glowa opuszczona do dolu, w garsc maske do wdychania tlenu, ktos zaczal mi gniesc brzuch, po chwili przestalo piszczec. Okazalo sie, ze tetno malej zaczelo nagle mocno spadac, stad dazenie do zmiany jej pozycji i dodatkowy tlen dla mnie, co na szczescie od razu pomoglo.

W pewnej chwili ogarnal mnie straszny strach, rozplakalam sie, balam sie, ze nie dam rady, ze zaszkodze malenstwu, polozna mnie pocieszala, ze dam rade, a nawet jakby mi sil zabraklo, oni maja wszystko, by pomoc mnie i malutkiej i ze mam sie niczym nie przejmowac, tylko myslec, ze juz za chwile bede miala wszystko za soba, a w ramionach najwieksza nagrode.

A potem byly skurcze parte, potem, gdy znowu zaczelam watpic, studentka powiedziala, ze malutka bardzo kudlata nie jest, ale troche wlosow ma. Wtedy dostalam przyspieszenia, sily wrocily i za chwile widzialam juz glowke, a potem cala reszte i juz nic innego nie bylo wazne, tylko ten oburzony wrzask malej, ktora od pierwszej sekundy pokazala, ze pluca ma silne. I przewod pokarmowy tez – jeszcze z nie odcieta pepowina wykonala swoja pierwsza w zyciu kupe 🙂

A potem bylo tak:

Po zszyciu (troche popekalam, ale ciac nie cieli) mala poszla sie wazyc, mierzyc i odbebnic rozne badania na stol obok, a ja poszlam pod prysznic, po czym dostalam kanapki, jogurty, herbate, soki. A potem pojechalysmy na oddzial poporodowy. Ja na wozku, ona w moich ramionach 🙂

Przekaski wziete na dlugie godziny na porodowce zostaly nietkniete, gazety, ksiazka rowniez, wszystko poszlo migiem.

Malutka zaliczyla falstart, urodzila sie 9.10.13 o godzinie 23.18, 42 minuty przed terminem 😉 wazyla 3465g, mierzyla 50cm, obwod glowki 34cm. Do domu ucieklysmy po 36 godzinach i od tej pory jestem cala soba wsiaknieta w podwojne macierzynstwo 🙂

Opublikowano poród naturalny, poród szpitalny, VBAC | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarze

Fotorelacja z porodu Marty

Dziś nietypowo, nie będzie długiej relacji ozdobionej dwoma zdjęciami, a krotki opis, ale z serią przepięknych zdjęć. Na dodatek jako link do innego bloga 🙂

Domowy porod Marty

Opublikowano poród domowy, poród naturalny | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Piewszy poród Kariny

Ponieważ moja pierwsza córka postanowiła ustawić się pupskiem do wyjścia, zapadła decyzja o CC, zaplanowanym na 39tc. W szpitalu miałam się stawić o 8 rano. Ruszyliśmy z domu chwilę po 7, całą drogę próbowaliśmy rozmawiać o czymś innym, oboje z dziarskimi minami i zaspanym uśmiechem na twarzach.

Na początek zrobiono mi usg, aby się upewnić, że Camilla nadal siedzi główką do góry. Siedziała. Położna zaprowadziła mnie na oddział, do pokoju, w którym miałam spędzić kilka najbliższych dni. Podłączyła mnie pod KTG, dala specjalną koszulę zawiązywaną z tyłu, powiedziała co po kolei będzie się działo i wyszła. Przychodziła co chwile spytać jak się czuję, czy bardzo się denerwuje itd. Byłam druga na liście zaplanowanych na ten dzień cesarek, wiedziałam, ze pierwsza już się zaczęła. wiec jeśli nie wypadnie jakieś nagłe cięcie, to za trochę idziemy na salę operacyjną. Gdy tak sobie czekałam, do pokoju (dwuosobowego) przyszła kobieta z numerem 3 na ten dzień. Bardzo zdenerwowana, zdenerwowała się jeszcze bardziej, gdy dowiedziała się, że jeżeli zdarzą się ze dwa nadliczbowe zabiegi, to być możne będzie musiała wrócić do domu i przyjść znowu następnego dnia. Pogadałyśmy trochę, po czym przyszła „moja” położna z informacją, że pierwsza operacja się skończyła, zaraz pewnie nas wezwą. I wezwali. Położna pchała łózko, na którym miałam wrócić do pokoju, ja pchałam łóżeczko, w którym miała wrócić malutka. Do składu dołączyła studentka, na której obecność się zgodziłam, zostało pstryknięte ostatnie zdjęcie z brzuchem i windą ruszyłyśmy na piętro, gdzie znajdował się trakt operacyjny. Tam podłączono mnie pod ktg, ekg, kroplówkę, cewnik, anestezjolog wytłumaczyła na czym polega znieczulenie, położyłam się na łóżku operacyjnym, kazano mi położyć się na boku i zwinąć w kłębek, podciągając kolana pod brodę. Hehe, spróbujcie to zrobić w końcówce ciąży, z brzuchem ogromnym:)

Cami od razu się wkurzyła i zaczęła wywijać, po raz ostatni ograniczona pęcherzem płodowym. Przyznałam się, ze boje się, żeby nie zaczęli ciąć zanim znieczulenie zacznie działać. Gdy anestezjolog zaczęła testować, czy znieczulenie już działa (dotykając czymś bardzo zimnym mojej ręki, na zmianę z brzuchem, bo te same receptory na skórze odbierają zimno i ból), mimo, że na brzuchu zimna już nie czułam, kazałam jej jeszcze kilka razy na wszelki wypadek spróbować. W końcu nie było wyjścia i powiedziałam, że mogą zaczynać. Serce zaczęło mi bić jak szalone, czułam je w gardle… Czułam dotyk i dłubanie w brzuchu, samego ciecia nie. Wszystko trwało może 10 minut, gdy usłyszałam :”A teraz poczujesz jak przepychamy dziecko w dół, do rozcięcia.” Poczułam pchnięcie, a po paru sekundach głośne „Łeeeeeeeee”. Moja dzidzia oznajmiła swe przybycie 🙂

Łzy poleciały mi po policzkach, z lewej strony podeszła położna, podsuwając mi przed oczy trochę zakrwawione maleństwo… To trwało parę sekund, trzeba było dziecko czymś okryć. Gdy położna owijała je w zielone prześcieradło, by położyć mi je na piersi, dotarło do mnie, ze nie sprawdziłam, czy Cami to chłopiec, czy dziewczynka, a przecież po to pokazano mi dzidzię przez chwilę na golaska. Głupio mi było zapytać, więc zaczęłam strzyc uszami, co by wyłapać z rozmowy obecnych. No i za głową usłyszałam głos studentki ” Jaka śliczna dziewczynka z długimi rzęsami. A jakie długie ma paluszki…”

image

Szyli mnie z 45 minut (7 warstw mieli do szycia, w szoku byłam jak się dowiedziałam, że tyle tego w sobie mam), gdy skończyli, zabrali malutką do mycia, ważenia, mierzenia itp. a ja pojechałam na dwugodzinną obserwację. W trakcie tego etapu miałam odzyskać władzę w nogach (okropne uczucie mieć dwie kłody drewna i nie móc ruszyć nawet palcem), a macica miała zacząć się obkurczać, co sprawdzano okropnymi uciskami, coraz bardziej bolesnymi w miarę odpuszczania znieczulenia. Sprawdzono tez poziom hemoglobiny (spadł po utracie 700ml krwi) ciśnienie i inne parametry. Po dwóch godzinach pojechałam na oddział położniczy, gdzie czekała na mnie moja Dziewczynka. Byłam otumaniona, nafaszerowana morfiną, nie wolno mi było nawet usiąść do następnego poranka, ale to było nic. Szczęście mnie rozpierało, gdy tak sobie leżałyśmy przytulone, gdy Cami ssała moją bezmleczną jeszcze pierś, gdy przygalopował mąż z kwiatami…

Od tego dnia nic nigdy nie miało już być takie samo 🙂

Opublikowano cesarskie cięcie, poród szpitalny | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Historia domowych narodzin Noemi

Piękna historia porodu domowego

Jej siła jest ze mną…
Pragnę podzielić się historią mojego domowego porodu. Noemi kończy niebawem trzy miesiące, poród był dla mnie naprawdę wspaniałym i pięknym przeżyciem.
Spisuję tę relację w malutkich kawałeczkach, w urywkach czasu między karmieniami i innymi obowiązkami. Pisząc przeżywam ten poród jeszcze raz, piszę dla siebie samej, dla moich dzieci, także dla wszystkich kobiet rodzących kiedyś i w przyszłości, które być może wahają się, lękają porodów, macierzyństwa.. Być może ta historia może doda komuś inspiracji i odwagi .
Wszystko zaczęło się w ubiegłe wakacje, późnego lata pewna dziewczyna podzieliła się ze mną opowieścią o swoim domowym lotosowym porodzie. Byłam już wtedy mamą energicznego i dziarskiego dwulatka, nie planowałam na razie kolejnego dziecka. Jednak gdy Joasia opowiadała o tym porodzie w domu, o swojej spokojnej córeczce, o pępowinie której pozwolili samej odpaść po tygodniu – czułam poruszenie i zazdrość. Kiedy ja rodziłam Tadzia, w szpitalu – tak w pełni spokojnie nie było. Był początek w domu, a potem szpital i efekt izby przyjęć, światło jarzeniówek, męczące KTG, stres, napięcie, oksytocyna, leżenie na plecach, nacinanie, trudny pobyt na oddziale noworodkowym. Mimo przyjmowania porodu przez świetną zaprzyjaźnioną położną – czegoś mi w tamtym porodzie brakowało. Pełnego kontaktu ze sobą i własną mocą.
Coś mi się wydaje, że sama też niedługo zostaniesz mamą – powiedziała mi wtedy, rok temu, z uśmiechem Joasia. Ewa, cudownie mądra kobieta, wtedy też powiedziała mi to samo – że coś Jej się widzi, iż wkrótce chyba będę miała dziecko. Jak to, teraz? Wątpliwości czy to ten czas, ten moment, te okoliczności. Prosiłam o czas na zmierzenie się z innymi trudnościami. Miałam pełno wątpliwości. Nie czułam się wcale wystarczająco dobrą matką dla Tadeusza, mojego synka. Jednocześnie ciągle jeszcze w pieluchach i w biegu.
Niespełna dwa miesiące później dopadają mnie nudności przy szykowaniu obiadu. Kroję kolendrę, mdli mnie i już mi się przypomina początek pierwszej ciąży. Nie jest to „idealny” moment. Wątpliwości, niepewność. Dwa dni później odbieram wynik testu. Pozytywny. Czuję zaskoczenie i radość. Obawy słabną. Kiedy zresztą miałby być ten „idealny” czas? Zaraz po odebraniu wyniku mam plamienie, boję się że stracę ciążę. Przeżywamy tę obawę razem z moim mężem – Michałem. I znowu mądre odważne kobiety – Magda i Renata – dają mi wsparcie, dodają mi mocy, uspokajam się. Nazajutrz lekarz potwierdza ciążę. I już się tego trzymam
Pierwsze tygodnie ciąży były trudne. Zmęczenie, nudności, mogłam właściwie całymi dniami spać. Wychudłam bardzo, dużo wymiotowałam. Jednocześnie miałam wrażenie, że moje ciało właśnie tego bardzo potrzebuje, bardzo intensywnego oczyszczenia. Czułam się dokładnie tak jak podczas głodówki. Przewaliło się przeze mnie i wypłynęło na wierzch mnóstwo emocji do odpuszczenia, wyczyszczenia, przebaczenia w wielu relacjach. Ciało ciągle mnie prowadziło do środka, do wnętrza, odpuściłam ambicje, chodzenie do pracy, skupiłam się na sobie.
W powrocie do siebie pomagały mi praca z emocjami, z oddechem. Mój organizm akceptował właściwie jedynie dietę sokowo-kaszowo-warzywną, takie zdrowe przyzwyczajenie mi dzieciątko narzuciło  Dopiero gdzieś w połowie ciąży – nudności mijają, wraca energia, mam ochotę wychodzić do świata, wracam do pracy.
Już od początku ciąży mam przeczucie, że tym razem będę mamą córeczki. W snach i medytacjach przychodzi piękna i mądra dziewczyna. Jednocześnie wracają wspomnienia pierwszego porodu i napływają myśli – a gdyby tak urodzić w domu, bez procedur, towarzystwa nieznanych osób?
I jak na wezwanie zewsząd napływają do mnie idee i inspiracje – od przyjaciela Tomka, którego córeczka Gaja przyszła na świat w domu; wciąż trafiam też na dobre historie porodowe, wartościowe blogi i książki. Czytam wszystko, co możliwe na temat rodzenia w domu. Pracuję z emocjami, nastawieniem do porodu, w modlitwach proszę o poród łagodny dla mojego ciała i bezpieczny dla maleństwa. Wracam do Mamy by dopytać jak było kiedy mnie rodziła. Okazuje się, że urodziła mnie w krótkim czasie, po niewielu skurczach, przyszłam na świat spokojna i uważna. Wszystkie te informacje osadzają mnie i uspokajają. Nawiązuję kontakt z położną, którą znam z pierwszego porodu. Sprawdzamy co i jak, jakie trzeba zrobić badania. Umawiamy się, że przygotowujemy się na poród naturalny, ale bez spinania się że musi być w domu – zobaczymy jak wyjdzie. Takie podejście mi wystarcza i odpowiada. Robię wszystko, co w mojej mocy by jak najlepiej się przygotować do domowego porodu, resztę powierzam Opatrzności. Ufam intuicji własnej i położnej, ale też jej fachowości. Ufam sobie i swojemu ciału.
Mijają miesiące. W ostatnim trymestrze cudownie służy mi i relaksuje masaż Lomi Lomi. W końcu zostaje kilka tygodni do terminu. Spotykamy się z położną u nas w domu, Ona zaczyna od pytań do mojego męża – jak On ma się z tym żeby dzieciątko przyszło na świat właśnie w domu. Podoba mi się jej stanowczość i to, ze sprawdza także jego punkt widzenia. Czuję się bezpiecznie. Michał jest pełen dobrej energii, ma dobre przeczucia. Cieszy się, że będzie z nami cały czas, także już po porodzie. Siedzimy przy stole i planujemy. Lista spraw jeszcze do załatwienia. Atmosfera optymizmu W końcu ustalone – umawiamy się na domowy poród, z zastrzeżeniem, że jeśli cokolwiek pójdzie niepewnie, pojawi się lęk, albo odejdą zielone wody – położna musi wiedzieć o wszystkim i w razie czego jedziemy do szpitala. Wszyscy mamy czuć się pewnie i bezpiecznie – to warunek.
Przygotowujemy dom, sprzątamy, sadzę kwiaty. Kilka dni przed terminem ogarnia mnie jeszcze totalne „wicie gniazda” – sprzątanie, zmiana obicia kanapy. Nagle w piątek wieczorem stwierdzam, że muszę, po prostu muszę mieć przed narodzinami nowy duży wygodny stół kuchenny, tak żeby cała rodzina się zmieściła. Nazajutrz razem z Tadkiem i Michałem jedziemy na wspólne śniadanie, celebrujemy ostatnie chwile tylko we trójkę i wybieramy stół, jest piękny! Mój mąż skręca go do późnej nocy, coś mi się zdaje, że wywieram na nim lekką presję.. Krzątamy się do późna, ja czuję się już inaczej. Blisko porodu. Idziemy spać. Nazajutrz gotuję jeszcze lekką zupę jarzynową i już czekam. Termin mam w okolicach Dnia Matki, dwa dni później jest nów księżyca – czuję, że to będzie mniej więcej wtedy, zgodnie z moim cyklem. Lada dzień.
Przed porodem boję się najbardziej tego, że zgubi mnie brak wiary we własne siły, że zacznę narzekać w trakcie – że boli, że już nie mogę, że poczuję się bezsilna i się w tym pogrążę. Wiem, że to samonakręcająca się spirala. Dzielę się tym z Michałem, proszę by przypominał mi, jaka jestem dzielna, gdybym zaczęła narzekać 
Zaczyna się nazajutrz po Dniu Matki, od rana czuję się inaczej, mam napięcie w podbrzuszu jak na okres i nie mam apetytu. Ciało oczyszcza się. Ciekawi mnie czy to już. Mój synek ma tego dnia popołudniu występ z okazji Dnia Mamy w przedszkolu, wiem że to przeżywa i długo się do niego przygotowywał. Chciałabym dotrzeć na występ, a jednocześnie mam już ochotę zagłębiać się w sobie. Słucham sobie piosenek Bajmu, „Jej siła jest ze mną” nucę, czuję kontakt z moją córeczką, mam się dobrze i bezpiecznie. ”Miłość, czy Ty wiesz co znaczy mieć w sercu Jej blask” – śpiewam dla Noemi. Michał wraca z uśmiechem wcześniej z pracy, jeszcze zjadamy lekki obiad razem. Jestem pewna, że to już. Śmiejemy się, że dziecko ma już dość słuchania na okrągło Bajmu i że postanowiło wyjść z brzuszka Kiedy odpoczywam i leżę tak jak radziła położna, nagle słyszę takie „pyk” i czuję, że pęka pęcherz płodowy. Wstaję i odchodzą wody – sprawdzamy, że są czyste. Radość, dzwonię do położnej, która jeszcze jest na dyżurze w szpitalu.
Zaraz mój synek zaczyna występ – jednak dzisiaj obejrzy go w moim zastępstwie Babcia  Kwadrans po odejściu wód czuję pierwszy skurcz, trwa długo, wyraźnie czuję jak przechodzi przez całą macicę. Czuję się gotowa i już skupiam się tylko na tu i teraz. Oddycham do skurczów całą sobą i – udaje się. Ból znika i staje się po prostu silnym doświadczeniem. Nie z każdym skurczem mi się to udaje, ale wzmacnia mnie poczucie, że pracuję ze skurczami i panuję nad tym, na co mam wpływ.
Przerwy między skurczami są po prostu błogością, kiedy po prostu cieszę się, że jestem i nic nie boli. Dzwoni położna sprawdzić jak często i jak długie są skurcze. Wchodzę w jakiś inny wymiar czasu. Michał się jeszcze krząta po domu, przygotowuje podkłady i rozpala w kominku. Cieszę się, że w domu jest żywy ogień w czas porodu  Potem przychodzi do mnie mąż, a jednocześnie za oknem nagle grzmoty, burza z wielką ulewą. Śmiejemy się, że drugie imię Noemi to „Zrodzona w burzy”. Skurcze są coraz silniejsze i częstsze, ale mam poczucie że wcale nie jest najgorzej. Buczę sobie w ten ból jak stary Indianin i to mi pomaga  Po jakiejś godzinie od pierwszego skurczu czuję potrzebę wejścia do wody. Ciepła woda nasila intensywność skurczy, jednocześnie łagodzi ich odczuwanie.
Po jakiejś godzinie w wannie zaczynam się niepokoić – akcja coraz bardziej przyspiesza, a ja czuję, że dziecko jest już naprawdę bardzo nisko. Michał dzwoni do położnej – jest już w drodze do nas, wyrusza też druga położna, która ma bliżej. Mam już wyjść z wanny, co robię z pewną niechęcią. Ciężko mi już dojść do łóżka o własnych siłach. Zaczynam narzekać. Michał kochany uśmiecha się i mówi, że mi przygotował miejsce i że zaraz się wygodnie ułożę. Jego życzliwość mnie wzrusza, wstyd mi tak narzekać, gdy widzę jak się o mnie troszczy. Kładę się i czuję parte skurcze, nad którymi nie mam już żadnej kontroli. Po prostu moje ciało wypycha dziecko zupełnie samo, bez mojego udziału. Czuję się bezradna, nie wiem co robić, nie jestem pewna czy mogę już przeć. Nie dowierzam, że mogłabym mieć już rozwarcie, po zaledwie 2,5 godzinach porodu. Jednocześnie – jak na zawołanie – akcja spowalnia i przerwy między skurczami wydłużają się.
Podczas jednego ze skurczów czuję jak główka dziecka przeciska się przez moją miednicę. Wydzieram się już jakby mnie obdzierali ze skóry, a jednocześnie się cieszę, że poród idzie do przodu. Puszczam kontrolę. Za oknem rozpogadza się.
Zjawia się życzliwa i pełna ciepła Położna, jawi mi się jak piękny dobry anioł. Wnosi świeżą energię do pokoiku, Jej lekkość udziela mi się i zyskuję nowe siły. Szybko się poznajemy – sytuacja chyba jedyna w życiu, gdy podaję rękę nieznanej chwilę wcześniej kobiecie, a już za chwilę dzielimy intymny świat porodu, towarzyszy mi w sytuacji granicznej dla mnie.
Po badaniu mówi mi – możesz poprzeć. Jestem zaskoczona że to już, że tak szybko doszłam do pełnego rozwarcia. I zaczynam przeć. Nie mogę sobie znaleźć pozycji, szukam miejsca.
Położna mówi mi, że główeczka Noemi już jest bardzo bliziutko – faktycznie, dotykam jej, jest jak skórka brzoskwinki. Proponuje zmienić pozycję. Wkracza na to położna Ania –pełna energii, ciepła, bije z niej moc. Gdy Ją widzę zdaję sobie sprawę, że brakowało mi Jej obecności. Udziela mi się energia wszystkich osób w pokoju. Uwaga wszystkich jest skupiona na tym, żeby bezpiecznie urodzić i przyjąć Noemi.
Ania pyta – Jak, gdzie chcesz urodzić? Nie wiem – odpowiadam, bo ja naprawdę nie wiem, jestem teraz poza umysłem. Jestem bólem, jestem skurczem, jestem błogością kiedy nie boli.
Położne proponują pozycję w kucki. Michał wsparty na łóżku jest dla mnie jak fotel. Przez jeden –dwa skurcze nie mogę się odnaleźć. Odpływam w przerwach miedzy skurczami, odpoczywam. Krzyczę z całych sił i te krzyki dodają mi mocy. Dobrze, mówi położna, pokrzycz jak czujesz że Ci pomaga. Dziewczyny są jak tandem, uzupełniają się.
Położna mówi, bym postawiła całe stopy na ziemi – okazało się, że kucając bezwiednie opierałam się na palcach. Staję na Ziemi pełnymi stopami i już… poszło, 2 skurcze i już, po prostu już. Noemi już jest z nami! Nasza słodka Noemi.
10603017_1465619353704912_894324986_n
Potem Noemi ląduje u mnie na piersi, jest cudowna, spokojna, wyciszona. W ogóle nie krzyczy, patrzy pięknymi oczyma. Skórkę ma gładką i wygląda na wypoczętą. Patrząc na Nią, czuję się cudownie, już zapominam o wysiłku. Dziewczyny czekają jeszcze na łożysko, wszystko w porządku, pełnia radości. I tak zostaję z Małą na brzuchu ponad 2 godziny na łóżku, nikt nam nie przeszkadza, nie odcinamy pępowiny. Michał parzy kawę, ja dostaję słodką herbatę. Położne bardzo dokładnie oglądają łożysko, wszystko gra, jest w całości. Jak się okazuje, nawet nie popękałam, skończyło się na otarciu naskórka. Dziewczyny idą potem pić kawę, a my zostajemy z córeczką na brzuchu. Niesamowity czas. Maleńka na początku nie chce ssać, przytula się tylko. Po prostu sobie jest, śliczna i maleńka.
Po ponad dwóch godzinach odcinamy pępowinę – przestała tętnić. Noemi przyjmuje to spokojnie. Łożysko zachowujemy z zamiarem posadzenia drzewa Potem wstaję i ze zdziwieniem o własnych siłach wędruję pod prysznic. Położne w tym czasie badają maleńką. Są jak dobre anioły, dbają o wszystko. Potem nas zostawiają i kładziemy się już po prostu razem spać.. Wcześniej zjadam jeszcze pół sporej chałwy 
Nazajutrz przyjeżdżają do nas obie Mamy i Tadeusz. Celebrujemy narodziny. Maleńka śpi, budzi się na karmienia. Ja odsypiam, odpoczywam. Kominek rozpalony, bije z niego ciepło, dziecko śpi tuż obok. Jest cudownie i jestem dumna z siebie, że tego dokonałam, urodziłam maleńką własnymi siłami! Wszystko odbyło się spokojnie i bezpiecznie.
Wiem, że ten dobry i bezpieczny poród był rezultatem całego wsparcia i oddania, jakie dostałam i Miłości jakiej doświadczyłam w trakcie całej ciąży. Córeczka jest bardzo zrównoważona, spokojna. Ma piękny uśmiech i jasno daje znać o swoich potrzebach. Cieszę się, że mogłam dać Jej tak harmonijny i dobry poród, dzięki temu sama doświadczyłam własnej mocy. Dziękuję za to bardzo! Życzę tak pięknego porodu wszystkim Kobietom!

Opublikowano poród domowy, poród naturalny | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Tola i jej powitanie

Płaczę za każdym razem, jak czytam tą opowieść. Łamie ona stereotypy porodu szpitalnego, tego że po cesarce zawsze musi być cesarka, tego, że przy pierwszym problemie na Borowskiej kroją. Tego, że ten szpital to rzeźnia. A rodziła Tolę jedna z najmądrzejszych kobiet jakie znam ❤ Namawiałam ją nawet do porodu domowego 😉 i pomimo, że skończyło się cesarką, było to wielkie zwycięstwo.

 

W pamięci zostawiam 4kg miłości i pierwszy płacz.

Mój pierwszy poród był trudny i zostawił sporą ranę w mojej głowie. Długo zajęło mi pozbieranie się, szczególnie psychiczne po nim. Po wielu godzinach porodu i właściwie, już na finale skończyło się cesarskim cięciem. Wyszłam ze szpitala z przekonaniem, że nie dałam rady. Zawiodłam, jako kobieta.

Tym razem marzył mi się poród w zgodzie z naturą.  Przede wszystkim świadomy i spokojny. Spotkaliśmy się  z położną od porodów domowych. Nie widziała przeszkód mimo pierwszej cesarki. Poczułam jakby mi ktoś otworzył ogromne drzwi, za którymi było morze cukierków. Możemy mieć dobry poród.

Moja euforia trwała chwilę. Doktor powiedział, że dobrze zrobić usg, zobaczyć jak duża dzidzia, czy blizna trzyma. Blizna trzymała, tylko Tola się owinęła pępowiną.  Zaczęliśmy mieć więcej obaw niż chęci. Więc zmieniliśmy opcje. Będziemy rodzić w szpitalu, ale z położną z Fundacji Rodzić po Ludzku. Spotkaliśmy się i umówiliśmy szczegóły.  Powiedziała, że mamy być spokojni i wszystko będzie dobrze. Wiec cierpliwie oczekiwaliśmy dnia, w którym Tola rozpocznie swoją największą przygodę. Skierowanie do szpitala już czekało, aby za parę dni jak nic się nie zadzieje, udać się tam z plakietką PO TERMINIE. To miał być czwartek. Poniedziałkowe KTG i badanie powiedziało. JESZCZE NIE!

Więc poniedziałek to nie ten dzień. Spędziliśmy go niezwykle miło. Humory nam dopisywały. Był pyszny obiad z deserem. Poszliśmy spać w cudownych nastrojach. Nie pospaliśmy zbyt długo. Około 2 w nocy obudził mnie ból brzucha, który nie był mi do tej pory znany. Zaczęły się sączyć wody. Nie do końca rozumiałam ten stan. Czy ja siusiam czy o co chodzi? Dopiero po chwili do mnie dotarło, że to właśnie ten dzień. Potwierdził to skurcz, który pojawił się chwile później. Obudziłam męża, żaby dzwonił do położnej. Odebrała, zrobiła wywiad. Proszę jechać do szpitala, niebawem zacznie się akcja porodowa. Tylko w naszym szpitalu niema miejsc…musicie jechać gdzie indziej. Dajcie znać jak Wam poszło…. CO?! Ale gdzie? Borowska? A gdzie to?! Przecież mieliśmy z położną…Wszystko nie tak. Skurcze przybywają. Czekamy na siostrę, żeby została z Lili. Mała się budzi. I woła. „Mamo! Tylko spokojnie. Ty nie idź.” A ja wyje. Rozczula mnie to do granic możliwości.

Zamykam oczy…oddychaj do brzuszka.

Jest siostra.” Będzie dobrze” mówi i tuli nas na drogę i zapewnia, że zaopiekuje się Lili, najlepiej jak potrafi. W drodze do auta staram się opanować emocje. Mamy zadanie. Zróbmy to i wracajmy do domu.

Szpital wygląda dobrze. Korytarze są puste w izbie przyjęć tylko my. Wywiad, ktg. Czekamy na lekarza. Skurcze się wyciszają. Są nie regularne. Leże i czekam. Pytamy czy są sale rodzinne. Są…ale trzeba mieć zgodzę …ale jak się doktor dyżurujący zgodzi, to może się uda.

W głowie powtarzam w kółko, jakby miało to pomóc. „będzie dobrze, będzie dobrze” Przychodzi doktor. Bada. Brudzę podłogę wodami, są zielone…już wiem, że pójdziemy na porodówkę. Uff dobrze, że nie na patologię. Pierwsza była cesarka? Tak. Teraz też? Nie! Chcemy naturalnie! I salę rodzinną jak się da. Lekarz  był bardzo miły. Wszystko wyjaśnił . Podpisaliśmy dokumenty i dostaliśmy salę do porodów rodzinnych☺ Zawieźli mnie tam na wózku. Nie chodzimy. Wody odchodzą więc, nie jest to bezpieczne. Na Sali jestem sama. Pani położna. Kobieta niezwykła. Działała na mnie jak balsam. Spokojna i ciepła. Podłączyła ktg i powiedziała, co i jak, że leżeć muszę. A męża poprosi niebawem.

Leżałam tak sama z 40 minut. Dobrze mi się zrobiło. Tola chyba też to poczuła. Bo zaczęły się te „dobre” skurcze. Pojawiały się, co 4 minuty. Znalazłam zegarek na ścianie, który zapowiadał zbliżające się falę efektywnych skurczy.  Zamykałam oczy.  Oddychaj do brzuszka. Wszystko będzie dobrze.

Przyszła położna. Zbadała nas. 4 cm. Pięknie.  Oby tak dalej.

Lekarz. Wywiad. Milion pytań. Nie mogę się skupić. Skurcze stają się nie znośne. Ale jakby zwolniły. Mierzy, pyta. A nie cesarka? Naturalnie. W książeczce jest plan porodu. W którym, co drugie zdanie informacja, ze cesarka tylko w razie konieczności.

Kazali podpisać, pismo, że chcę podjąć próbę porodu naturalnego. Położna anioł. Skończyła dyżur. Przyszła nowa. Równie wspaniała. Trzymała za rękę i rozmawiała z nami. Jak ja się cieszę, ze los nam je dał.

Skurcze się nasilały , ale przez ciągłe wizyty lekarzy i wywiady ciężko mi było się na nich koncentrować. Maż głaskał i tulił. A w przerwach nawet dobrze się bawiliśmy. W skurczu nie było nam do śmiechu. Przyszła położna podać nam antybiotyk. Już minęło 6 godzin. Zbadała nas 5,5! Jest progres. Jest dobrze. Najtrudniej znosić to na łóżku. Ale główka nie była dobrze podparta i jeszcze musieliśmy na nim tkwić.

Po 8 godzinach, kiedy po raz kolejny przyszedł ktoś nas uświadamiać o zagrożeniu związanym z porodem naturalnym w naszym przypadku. Zaczęłam wątpić, ze się uda. I coraz częściej i szybciej powtarzałam w głowie” będzie dobrze”. Ktg ? Zapis jest dobry? Z dzidziusiem wszystko dobrze? Nic złego się jeszcze nie dzieje. Jeszcze?!

Kolejna wizyta. Profesor. Padają słowa straszne. Śmierć. Konsekwencje. Szaleństwo. Wychodzi. A ja płaczę. Położna trzyma za rękę. Mąż głaska po twarzy. To Wasza decyzja. Chyba musimy się zgodzić…Wycieram twarz. Wchodzi doktor, który będzie na operował. Gdyby nie zielone wody i czas…to konieczność.

Dostaje niebieski kubrak. Idziemy na sale. Po drodze znów brudzę podłogę wodami, przepraszam…to jest strasznie uwłaczające…Położna mówi, żeby się tym nie przejmować…

Na Sali jest bardzo wąski stół. Inny niż przy pierwszej operacji. Pani doktor anestezjolog podaje znieczulenie. Nie ruszać się. Ale przecież ciągle mam skurcze. Jest surowo. Przygotowanie długo trwa. Wchodzą lekarze. Dwóch. Młody podziwia bliznę po pierwszym cieciu.  Nie rozmawiają ze mną. Starszy poucza młodszego.

Czemu jeszcze nie wyjmują Toli? Czemu nikt do mnie nie mówi? Czemu to tak długo trwa? Podłączają kolejna kroplówkę. W końcu słyszę, kwilenie. A zaraz potem płacz. Ja też płaczę. Od pierwszego jej wydanego dźwięku płaczę.

Czemu mi jej nie pokazują? Ale płacze – na pewno jest dobrze. Chwile potem słyszę, jak mówią do siebie. Waga  3960! 57cm! Jaka wielka! Miała być maks 3700! 10 punktów.

Pokażcie mi ją.

Tola

W kocu zawinięta, maleńka z wielkimi oczami. Moja Toleńka. Ze sztucznymi szwami na policzku. Przecięli…zdarza się. Nie będzie śladu. Zagoi się.

Tola pojechała do tatusia. Ja jeszcze leże, znieczulenie puszcza. Proszę o kolejną dawkę. Pomaga. Długo to wszystko zajmuje.

W końcu jedziemy na salę pooperacyjną. A tam czeka na mnie maleństwo. Dostaje ją w samym pampersie na piersi. Szuka mleczka. Udaje się ja przystawić za pierwszym razem. Jesteśmy razem. Całuje ją i tulę. Skóra do skóry. Pomału emocje opadają. Nie jest łatwo, nie wolno podnieść głowy. Przychodzi dumny tata. Tuli nas najczulej jak potrafi.  Już jest spokojny. Jesteśmy wszyscy razem. Cali. Zdrowi. Obolali. Ale niezwykle szczęśliwi.

Nie udało się urodzić naturalnie. Od naszych planów i marzeń poród był daleki. Ale wróciliśmy szybko do domu. Tola była ze mną cały czas. I tym razem nie mam poczucia, że zawiodłam.  Jestem szczęśliwa, że wszystko dobrze się skończyło.
tola

Opublikowano cesarskie cięcie, poród szpitalny | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Zuzia

To miał być mój trzeci poród. Dwa pierwsze przebiegły szczęśliwie i bezproblemowo w dwóch różnych szpitalach, byłam z nich bardzo zadowolona i nie miałam traumy szpitalno- porodowej. Czując, że mój organizm wie jak rodzić i że trzeci poród przebiegnie równie gładko i szczęśliwie zaczęłam zastanawiać się nad porodem w domu. Dla mnie nie była to ucieczka od rzeczywistości szpitalnej lecz raczej rezygnacja z niepotrzebnego wsparcia, czy też ingerencji środowiska szpitalno-lekarskiego. Wiedziałam , że wszystko przebiegnie pomyślnie i że moje ciało potrafi urodzić.

Mała dygresja: myśląc o łatwych porodach przypomina mi się urywek starego westernu (którego tytułu niestety nie pamiętam – jeżeli ktoś zna tytuł niech mi koniecznie podrzuci). Jeden z bohaterów prosi o rękę piekną damę o krągłych kształtach. Dama pyta się dlaczego ją prosi o rękę, przecież nawet się nie znają, a mężczyzna lustrując swą wybrankę wzrokiem odpowiada, że z takimi biodrami to rodzenie dzieci przyjdzie jej łatwiej niż spluwanie. „Wolę jednak spluwać” odpowiada rozbawiona kobitka. Co prawda ja też wolę spluwać, jednak uważam że pewna krągłość moich kształtów może być jakimś tam czynnikiem korzystnie wpływającym na przebieg porodów. Koniec dygresji.

Jednak miałam trudne zadanie przekonania do porodu w domu mojego męża, który początkowo nie chciał się zgodzić na to rozwiązanie. Umówiłam się z położną na wizytę w domu i liczyłam na to, że w wizycie mężuś jednak będzie uczestniczył. Trochę bez nadziei że zmieni zdanie podeszłam do tego spotkania. Tuż przed wizytą powiedziałam mężowi że to jest ta sama położna, która przyjmowała poród w domu u jego siostry, na co on był bardzo zaskoczony, że jego własna siostra rodziła syna w domu – po prostu o tym zapomniał. Myślę że ta informacja nastroiła go pozytywnie do osoby położnej jak i do faktu rodzenia w domu. Podczas dwugodzinnej rozmowy z położną mogliśmy wyjaśnić wszystkie wątpliwości i dostaliśmy od niej wiele praktycznych informacji . Tak jak Grażyna zapowiedziała mi przez telefon, nie próbowała namówić mojego męża do porodu w domu, tę decyzję musieliśmy podjąć sami. Ku mojemu zdumieniu mąż zaraz po wizycie stwierdził że jeżeli mi na tym zależy to on się zgadza. Świetnie, rodzimy w domu! Teraz zostało tylko czekać na ten dzień. Marzyłam o tym by urodzić w nocy, gdy starsze dzieci będą spały, żeby rano mogły przywitać siostrzyczkę. Niestety kilka dni przed terminem poczułam się kiepsko, ogarnęla mnie słabość nie do opisania chciałam zapaść w sen zimowy niczym niedżwiedź. No… ewentualnie obudźcie mnie jak się poród zacznie. Nie ma rady – same się dzieci sobą jeszcze nie zajma i mąż poprosił teściową, żeby wzięła nasze łobuzy na „wakacje” . Dzieciaki miały tam jechać na kilka dni po urodzeniu się Zuzi, ale chętnie zapakowały swoje ulubione zabawki i mąż odwiózł ich w już w piątek. Ja mogłam zapaść w wymarzony letarg i tak przespałam piątek i sobotę. W niedzielę poczułam przypływ energii, wiec pojechaliśmy do Castoramy, do Ikei i na naszą budowę sprawdzić, czy podłogi się czasem same nie skończyły malować. Niestety nie, ale za to rzodkiewka, którą zasiałam tydzień temu sama wykiełkowała, a czerwone tulipany zakwitły. Wieczorem po powrocie do domu postanowiłam jeszcze zasiać bazylię. Pochylałam się właśnie nad doniczką ze świeżą glebą, wąchając ten cudny zapach jaki wydziela żyzna ziemia (mmm… uwielbiam) gdy nagle… pyk i klęczałam w kałuży wód płodowych. Ale się ucieszyłam! Wody lały się dość obficie,ale słabiej niż podczas pierwszego porodu. Podczas pierwszego porodu niepotrzebnie spanikowałam, tym razem byłam spokojna i radosna. Postanowiłam dokończyć sianie bazylii i dopiero wtedy umyłam ręce i zadzwoniłam do położnej. Grażyna powiedziała, że pakuje torbę i jedzie. Zdziwiłam się ze tak szybko chce tu być, bo przecież nie ma jeszcze akcji porodowej, ale chwilę po odłożeniu słuchawki chwycił mnie pierwszy skurcz, a potem kolejne, które wcale nie były „słabym pobolewaniem w podbrzuszu”. Gdy Grażyna przyjechała niedługo później, skurcze były dość częste i intensywne, jak na początek porodu. Po badaniu okazało się że rozwarcie już na „dobre 3 cm… prawie 4”. Cieszyłam się że akcja postępuje. Czułam się świetnie, więc postanowiłam jeszcze ugotować rosół. Nieskromnie przyznam, że wyszedł pyszny. Byłam w dobrym nastroju i po skończeniu gotowania pokręciłam się jeszcze trochę po domu opierając się o meble podczas skurczy. Cieszyłam się że nie muszę nigdzie jechać lecz w domowej spokojnej atmosferze skupić się na sobie i swoim ciele. Mąż mi nie był na razie potrzebny, co nie znaczy że nic nie robił, bo zajął się sprzątaniem łazienki, przygotowywaniem aparatu i kamery oraz generalnie organizacją innych drobiazgów potrzebnych do porodu i dla dziecka. Połaziłam jeszcze trochę po domu, spróbowałam użyć piłki i worka sako, stwierdziłam, że mi w ogóle nie pomagają. Wiedziałam, że niedługo będę chciała wziąć prysznic i pewnie już zostanę w łazience do końca. Tak też było. W łazience za zasłonką prysznicową było mi przyjemnie i intymnie. Położna i mąż nadal mi nie byli potrzebni, byłam sobie sama z dzidzią i relaksowałam się pod ciepłymi strumieniami wody. Och, jaka przyjemność! Tak samo jak podczas drugiego porodu tak i teraz woda była cudownym ukojeniem bólu i dzięki niej mogłam się głeboko zrelaksować pomiędzy skurczami. Chciałam też trochę pośpiewać, jednak pomyślałam litościwie o śpiących sąsiadach i ograniczyłam się do nucenia kołysanek i mruczenia wymyślanych na bieżąco melodii. Ból się nasilał i poczułam chęć zanurzenia się głębiej w wodzie podczas skurczy, rzeczywiście to pomagało. Wtedy potrzebowałam już męża, który polewał mi plecy gdy klęczałam na czworakach zanurzając brzuch. Widząc że poród jest intensywniejszy, położna mnie zbadała i oznajmiła: „Mamy prawie pełne rozwarcie” Bardzo mnie ucieszyło że do pełnego rozwarcia doszłam z taką łatwością i skomentowałam cały poród jednym słowem „Luzik”. Chyba trochę zapeszyłam… Kruczek tkwił w słowie „prawie” . Wtedy skurcze się mocno zintensyfikowały a ja położyłam się na boku żeby jak największą część ciała zanurzyć w wodzie. Ciągle nie było pełnego rozwarcia a bolało coraz bardziej. Przy próbie wyjścia z wody ból był tak intensywny, że ciężko mi było go znieść. Coś za coś, trwałam więc w stanie „prawie pełnego rozwarcia” jeszcze chyba z godzinę. Z bólu waliłam ręką w ścianę i traciłam kontrolę nad oddechem. Na szczęście w krótkich chwilach przerwy między skurczami udawało mi się jeszcze zrelaksować. Gdy w końcu pojawiły się bóle parte okazało się że ciężko mi jest przeć. Byłam już u kresu wytrzymałości i prawie się poryczałam, ze strachu że nie wyprę córeczki. Przeczekaliśmy jeszcze kilka skurczy bez parcia, ale w końcu skurcz mną pokierował i zaczęłam przeć. Teraz już jakoś się udawało parcie, jednak Zuzanka wychodziła bardzo wolno. Mąż i położna chcieli mnie namówić, żebym wunurzyła się z wody, jednak nie chciałam, żeby ból „porwał mnie” w szaloną podróż, w której utracę kontrolę nad porodem, wiec powiedziałam że zostaję w wodzie. Jednak gdy nadal postęp był niewielki, położna stanowczo zarządziła, żebym podniosła się i oparła o męża. Z żalem, bólem i przekleństwami na ustach wstałam i chwyciłam się za szyję męża. Ledwo się utrzymywałam na nogach. Poród nagle przyspieszył i czułam się jakbym sankami zjeżdżała ze stromego stoku, nie można się zatrzymać, nie można kontrolować szybkości, jedziesz w dół i jedyna twoja rola to mocno trzymać się saneczek. Po kilku intensywnych skurczach urodziła się śliczna, cudowna dzidziunia.

zuzia

Zdrowa, piękna i cała zaśluzowana. Cud natury, nasza CÓRKA! Po 50 minutach parcia wreszcie się udało! Jak ona mi się w tym brzuchu zmieściła? Nie mogłam się nadziwić że taka duża! Mąż odciął pępowinę dopiero gdy przestała tętnić. Cieszyłam się że położymy się z Zuzią do naszego łóżka. Po ok 2 godziach położna pojechała a my zostaliśmy sami ciesząc się naszym trzecim dzieckiem.

Opublikowano poród domowy, poród naturalny | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz